Wprowadzenie
Ach, silnik karmiony benzyną, czy nawet dieslem! Dźwięk sześciu, ośmiu, a nawet dwunastu cylindrów pracujących w idealnej harmonii. Mówiąc wprost: samochód spalinowy to symfonia mechaniki, której nie potrafi zastąpić ani cisza elektryka, ani generowany komputerowo pomruk z głośników. Ale nie zrozumcie nas źle – nie jesteśmy przeciwnikami nowoczesnych technologii. Elektryczny Mercedes EQC to imponujący kawał inżynierii. Cichy, dynamiczny, oszczędny… a jednak nie jest tym, co zapiera dech w piersiach. Dlaczego? Bo jazda Mercedesem z tradycyjnym układałem napędowym to coś więcej niż sposób przemieszczania się z punktu A do B. To emocje, doświadczenie, pasja.
Po pierwsze: zasięg i swoboda
Jeśli jeździliście kiedyś autostradą elektrykiem, to wiecie, co oznacza „zasięgowa niepewność”. Na papierze 400 km. W rzeczywistości, przy prędkości 140 km/h, klimatyzacji latem lub ogrzewaniu zimą, robi się z tego jakieś 200–250 km. I nagle zaczynamy jeździć bardziej „ekologicznie” – noga z gazu, tempomat na 90 km/h, a i tak cały czas mamy w głowie pytanie: „Gdzie jest najbliższa ładowarka?”. Podróż, która, na przykład w GLC trwa trzy godziny, w jego odpowiedniku, czyli EQC zmienia się w przygodę pełną napięcia: ładowarka jest, ale zajęta. Albo nie działa. I tak stoimy na środku niczego, szukając w telefonie najbliższego punktu ładowania, zastanawiając się, czy to jeszcze road trip, czy już survival.
A w klasycznym aucie? Tankujemy w pięć minut i jedziemy dalej. Paliwo jest wszędzie – nawet na małych stacjach, gdzie nie wiadomo, czy w sklepie kupimy coś więcej niż baton, ale benzyna? Zawsze. Mając spalinowy silnik na pokładzie wiemy, że dojedziemy tam, gdzie chcemy, bez pytania o pozwolenie od baterii.
Po drugie: dźwięk i wibracje, których nie da się zastąpić
Jasne, pod pewnymi względami elektryczny napęd jest imponujący – cichy, płynny, bez wibracji. Ale jednocześnie… jest jakiś bezduszny. Brakuje w nim tego, co daje nam V6 czy V8 – narastającego pomruku, który wibruje przez nadwozie, gdy wciskamy pedał gazu. Dźwięku, który dodaje dramaturgii przy wyprzedzaniu, który wypełnia kabinę, gdy przyspieszamy na otwartej drodze. To dźwięk, który przypomina nam, że pod maską kryje się żywa maszyna.
Pamiętacie te momenty, kiedy wciskacie gaz w spalinowym Mercedesie, a dźwięk silnika wypełnia kabinę, wibrując w rytmie mocy, którą macie pod kontrolą? To jak w operze – każda nuta jest idealna. A w elektryku? Tam jest cisza. Słychać tylko wiatr i lekki szum opon. Oczywiście, to też ma swój urok – ale wiecie, co przypomina? Bibliotekę. Bardzo szybką bibliotekę na kołach.
Żeby było jasne – absolutnie nic nie mamy przeciwko bibliotekom. Uważamy je za wspaniałe, użyteczne miejsca, które powinny być w każdym mieście i cieszyć się szacunkiem. Jednakże, nie po to wsiadamy do samochodu, żeby poczuć się, jak w czytelni na kołkach i to bez książek. Biblioteka w budynku? Jak najbardziej. Biblioteka na kołach? Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz.
No cóż, według nas, nawet czterocylindrowy diesel (bociek, klekot – terminologia dowolna) –nawet w GLC 220d daje więcej motoryzacyjnych emocji niż elektryk. Wiem, co powiecie – że to proste, użytkowe rozwiązanie. I macie rację. Ale nawet ten skromny czterocylindrowiec mruczy, wibruje i daje znać, że żyje. To nie symfonia, to bardziej melodia grana na czterech strunach – ale przynajmniej prawdziwa! A czy elektryk dostarcza nam takiej muzyki? Nie, on raczej przypomina odtwarzanie playlisty w trybie „cichy pokój”.
GLC to coś innego. Wsiadamy do niego i mamy wrażenie, że to nie tylko samochód, ale partner w przygodzie. Dźwięk to komunikat: „Jestem tu, jestem gotowy, jedźmy!”. Elektryki? Mogłyby zacząć dzień od wiadomości: „Proszę podłączyć mnie do sieci przed uruchomieniem”. A gdzie w tym emocje?
Z resztą: niektóre elektryki mają symulacje dźwięku silnika – czy znacie jakieś samochody spalinowe mające symulację elektryka? Czy na prawdę taki zabieg to tylko ukłon w stronę tradycjonalistów?
Po trzecie: emocje i tradycja
Samochody spalinowe, szczególnie Mercedesa, to historia i tradycja. Każdy model, od majestatycznego W140 po GLE, ma swoją tożsamość. Wyobraźcie sobie, że jedziemy 6-litrowym V12 – to nie jest tylko auto, to żywa legenda. A elektryki? Jeszcze się nie doczekały swoich ikonicznych modeli. Owszem, są szybkie, ale brak im duszy. Przekręcanie kluczyka (albo naciskanie przycisku), czucie wibracji silnika – to coś, co daje nam poczucie więzi z maszyną. W EQC mamy wrażenie, że prowadzimy tablet na kołach, który zimą woli mieć raczej chłodne wnętrze, a latem, zgodnie z naturą, stawia na wysokie temperatury. Byliśmy na niejednym zlocie Mercedesów. Czy wyobrażacie sobie podekscytowanych pasjonatów marki podniecających się rozmiarami zamontowanej baterii? Pomyślcie sami, co chcielibyście oglądać na zlocie: elektryki czy samochody spalinowe? Baterie czy silniki cylindry upchane pod maską?
Ekologiczne wyzwania – ukryta strona elektryków
Elektryczne samochody mają swoje niezaprzeczalne zalety w kontekście ekologii – brak emisji podczas jazdy, cicha praca, mniejszy ślad w miastach. Celowo wzięliśmy na tapet porównanie dwóch bliźniaczych klasowo modeli Mercedesa. Zobaczmy, czy ta ich „zieloność” nie jest tak oczywista, jak się wydaje.
- Ślad węglowy produkcji:
- Produkcja baterii do elektryków, takich jak EQC, generuje znacznie więcej CO₂ niż produkcja spalinowego GLC. Szacuje się, że sama produkcja baterii litowo-jonowej o pojemności 80 kWh emituje od 4 do 12 ton CO₂.
- Elektryki potrzebują przejechania 70 000–150 000 km, aby zrównoważyć ślad węglowy związany z ich produkcją w porównaniu do aut spalinowych.
- Problem z utylizacją:
- Zużyte baterie są trudne w recyklingu. Proces ich przetwarzania jest drogi i nieefektywny – obecnie utylizuje się jedynie 5–20% baterii.
- Lit, kobalt i nikiel używane do produkcji baterii są wydobywane w sposób niszczący środowisko i nierzadko związane z nieetycznymi warunkami pracy.
- Zanieczyszczenia z opon i hamulców:
- Elektryki, choć mniej korzystają z klocków hamulcowych (rekuperacja), generują więcej pyłów z opon ze względu na swoją masę. EQC może produkować nawet o 30% więcej mikroplastiku niż GLC.
- Ślad węglowy ładowania:
- W krajach, gdzie energia elektryczna pochodzi głównie z węgla (np. Polska), ładowanie elektryka generuje emisje zbliżone do spalania w tradycyjnych silnikach.
Podsumowanie
Elektryki mają swoje miejsce w nowoczesnym świecie. Ale dla tych z nas, którzy kochają motoryzację nie tylko za jej praktyczne aspekty, ale i za emocje, tradycję i frajdę z jazdy, samochody spalinowe pozostają wyborem numer jeden. Gdy wsiadamy do spalinowego Mercedesa, czujemy, że prowadzimy coś, co żyje. A w elektrycznym? To bardziej komputer niż auto – w dodatku taki, który każe przemyśleć każde przyspieszenie i planować postój z wyprzedzeniem.
No i jeszcze ta zima. Elektryk, troskliwy jak babcia, zawsze przypomni Ci, żebyś miał ze sobą ciepłą kurtkę i czapkę – bo przecież ogrzewanie to luksus, który potrafi w jednej chwili zjeść 30% zasięgu. W spalinowym Mercedesie? Włączasz ogrzewanie, ustawiasz temperaturę na 23°C i czujesz się jak w domu – nikt nie pyta Cię, czy na pewno jest Ci ciepło „kosztem baterii”. Tutaj samochody spalinowe mają niezaprzeczalną przewagę. Czy na zawsze? Tego nie wiemy.
Na koniec warto wspomnieć o rozwiązaniu, które wydaje się być kompromisem między tymi dwoma światami: hybryda. Cóż, wygląda na to, że faktycznie są one swego rodzaju pomostem. W trybie spalinowym potrafią dostarczyć emocji spod maski, ale jednocześnie są równie ciężkie jak elektryki, droższe w zakupie i także szybko tracą na wartości. Cudownie… Ktoś powiedział „samochód spalinowy”?
Dlatego, póki możemy, wybieramy symfonię cylindrów, wygodę i pewność spalinowych samochodów. Elektryki? Może kiedyś. Ale dziś – wolimy mieć pod maską coś, co nie boi się zimy i nie przelicza każdego kilometra na procent baterii.




